Planowaliśmy wieczorny wypad dookoła głębokiego ale w tuż przy samym jeziorze plany się zmieniły. Pojechaliśmy ścieżką rowerową do Pilchowa, a w miejscu gdzie ścieżka się skończyła odbiliśmy na prawo. Trasa zaczynała się robić całkiem interesująca bo asfalt zastąpiła ubita droga, a później wjechaliśmy w las. Na wjeździe do lasu na drogę wybiegł nam lis ale się zreflektował i wykonał 180. stopniowy zwrot i wrócił tam skąd przyszedł. Droga pięła się zazwyczaj w górę przez dłuższy odcinek by potem przywitać nas zjazdem. Jeśli ktoś chciałby się tą drogą przejechać to należy po prostu trzymać się tej szerszej drogi i nie wjeżdżać w jej odnogi. W końcu dojechaliśmy do drogi na głębokie, którą przekroczyliśmy stwierdzając, że lepiej jedzie się w lesie niż asfaltem. Po drugiej stronie ulicy zakręciliśmy w prawo i po przejechaniu przez mostek natrafiliśmy na krótki acz stromy podjazd, któremu nie podołaliśmy (następnym razem się uda). Na górze zakręciliśmy w prawo w stronę zjazdu, na końcu którego wjechaliśmy na jedną z szerokich dróg prowadzących z Głębokiego. Warto wspomnieć, że na dole natrafiliśmy w odległości kilkunastu metrów od nas na panią dzikową z 4 małymi więc się szybko oddaliliśmy. Po krótkim postoju z czereśniami w tle pojechaliśmy lasem zahaczając o jeszcze o jeden zjazd i wyjechaliśmy na pętlę tramwajową trójki. Wycieczkę zwieńczyliśmy wypadem po bułki.
Rano było dość zimno i powiewy wiatru powodowały, że zastanawiałem się czy nie wrócić po coś z długim rękawem. Gdy wracałem było dla odmiany cholernie ciepło i niewielu rowerzystów widziałem po drodze- nawet pod PCP było pusto.
dom -> (z Kate) praca Kate -> rodzice -> (z siostrą) dom -> (ciągle z siostrą) dookoła jeziora Głębokiego -> (dalej z siostrą) do pracy po Kate -> (z siostrą i Kate) rodzice -> (z Kate i zakupami) dom
Dzień miał się opierać na zabraniu siostry do domu i potem powrocie do jej domu ale wszytko się wydłużyło przez pętle dookoła Głębokiego. Średnia niska bo gdy jechałem z Kate to nie mogliśmy gnać- kilka godzin z klientami musiała potem pracować. Siostrę właściwie drugi raz w tym sezonie wyciągnąłem na rower (właściwie to sama się wyciągnęła ze mną ;-) i jako, że dopiero zaczyna jeździć to nasza średnia oscylowała w okolicach 14-16 km/h.
Swoją drogą to siostra zaskoczyła mnie kilka razy swoją odwagą w pokonywaniu kilku przeszkód i tym, że jednak kondycyjnie wytrzymała te ~25 km. Mam nadzieję, że wkrótce kupi sobie kask i weźmie pod uwagę moje rady przestając zjeżdżać na korzeniach na siedząco bo następnym razem może skończyć się kontaktem z czymś twardym.
Z Kate wracaliśmy z plecakami wypchanymi po brzegi zakupami z supermarketu i jechało się ciężko. Na szczęście nie wiało i udało nam się trzymać sensowną średnią przez całą drogę.
Przyznam, że co prawda czas samej jazdy przekracza niewiele 3 godziny ale ja czuję się jakbym przejechał co najmniej 60 km w tempie minimum ~25 km/h. Jestem po prostu zmęczony.
Nieco z boku wspomnę o Giro, które się dziś skończyło. Na pewno dużym zaskoczeniem był dla mnie Sella, który po prostu wymiatał w Dolomitach i trochę żałuję, że na czasówce (10 maja?) dojechał dopiero drugi, bo trzy etapy górskie wygrane pod rząd to byłby fenomenalny wyczyn. Zaskoczył mnie też młody Ricardo Ricco, który ostatecznie okazał się człowiekiem ze zbyt wielkim ego co prezentował swoimi wypowiedziami po kilku etapach- mam nadzieję, że ten kolarz nabierze ogłady i będzie się w przyszłości liczył w peletonie. Na koniec wielki Alberto Contador. Tegoroczny maestro włoskich dróg. Po raz kolejny okazało się, że nie trzeba wygrać żadnego etapu by wygrać wyścig wieloetapowy (o ile pamiętam to Armstrong też tak kiedyś wygrał TdF) i prawdopodobnie będzie mu to zarzucane ale przecież był najlepszy na tegorocznym Giro. Przejechał najlepiej cały wyścig. IMO klasę pokazał w sobotę na przedostatnim i ostatnim podjeździe gdy był ciągle atakowany, a Ricco pomimo wielu prób nie mógł mu uciec.
Przyznam, że nie oglądałem wszystkich etapów Giro i czasami zdarzało mi się zasnąć po powrocie z pracy podczas oglądania ale wyścig wspominam miło. Niestety znów gdy przyzwyczaiłem się do rytmu, w którym po powrocie z pracy robię obiad i włączałem tv na Eurosport, wyścig musiał się skończyć i pozostawić mnie lekko zagubionego.
Czekam teraz z niecierpliwością na Tour de France zaczynające się 5 lipca i żałuję, że Contadore nie został z Astaną zaproszony.